Długo zbierałam się do napisania tekstu o raku

Wiedziałam, że będzie to trudne, ale jednocześnie chciałam się z tym zmierzyć, nie odkładać na „kiedyś”.

Mam 30 lat i jeszcze 10 lat temu rak wydawał mi się abstrakcją. Nikt w rodzinie nie chorował, no może odległej… ale to zaczęło się zmieniać. Mama kolegi ze studiów zmarła na raka. Potem dowiedziałam się, że mama koleżanki choruje, ma chemię. Koleżance wycięto guzek. Zachorował mój tata, walczył dzielnie przez 5 lat.

Lęk przed rakiem został zdiagnozowany jako samodzielna jednostka chorobowa. Jak więc podejść do tak emocjonalnego tematu rzeczowo, z punktu widzenia ubezpieczeń i ich OWU?

Po pierwsze, nie unikać.

Spoglądając na swoje życie z lotu ptaka, na czekające mnie prawdopodobnie kilkadziesiąt lat – jaką mam gwarancję, że NIGDY nie zachoruję na nowotwór? Szanse mam – szczerze mówiąc – marne. Boje się tego, jak wszyscy. Ale czy to znaczy, że mam uciekać przed myśleniem co się wtedy stanie? Zostawić to ślepemu losowi? Szukać rozwiązań, kiedy będzie już za późno?

Ubezpieczenia to taka specyficzna branża, gdzie łatwo o to „za późno”. Najlepiej ubezpieczyć się kiedy jesteśmy młodzi i zdrowi. Kto z nas to robi….? Ja, bo pracuję w firmie ubezpieczeniowej. Gdyby nie to, mogłabym też obudzić się za późno.

Każde zdarzenie chorobowe, wypadek, zabieg, pobyt w szpitalu, diagnoza, leczenie  u specjalisty to dla ubezpieczenia takie „za późno”. Za późno, żeby mieć ubezpieczenie bez żadnych wykluczeń. W innych przypadkach musimy się zdać na tzw. ocenę ryzyka ubezpieczeniowego. To takie sito, przez które w  firmach ubezpieczeniowych, przechodzi każdy klient indywidualny. Specjaliści analizują jego wyniki badan, kierują na wizyty u lekarzy. Na końcu decydują, czy jesteśmy na tyle zdrowi, aby otrzymać polisę, czy będziemy płacić drożej, czy może… nie otrzymamy jej w ogóle.

Po co się starać o polisę?

Mamy niechęć do przeliczania zdrowia na pieniądze, to takie… nieładne. W efekcie – robimy to, kiedy jest już za późno. Leczenie po prostu kosztuje. Nowotworu – tym bardziej. Oprócz normalnej terapii olbrzymie koszty pochłania suplementacja. Skąd wziąć takie pieniądze? Kwoty rzędu 100, 200, 300, 500 tysięcy…. Jakieś pomysły? Fundacje? Publiczne zbiórki? Bliscy? Własne oszczędności? Sprzedaż samochodu, domu… w końcu kredyt w banku? Są takie przypadki… To wszystko są jakieś pomysły, ale…

Ale opcja w polisie dająca pieniądze na leczenie złośliwych nowotworów kosztuje kilkanaście-kilkadziesiąt złotych miesięcznie.. (jej wysokość zależy od sumy wypłacanej klientowi – czy będzie to np. 30 000 czy 300 000 zł). Kiedy mówię to moim klientom, czasem zarzucają mi, że „sprzedaję”, że argumentuję za tym, aby kupili polisę. Jasne, że tak. Tak jak lekarz w prywatnym gabinecie alarmuje: zrób badania profilaktyczne chociaż raz w roku!

Jestem ubezpieczona w razie poważnego zachorowania – w razie diagnozy otrzymam 150 000 zł, kosztuje mnie to 24,75 zł miesięcznie czyli 297 zł rocznie. Przez najbliższe 30 lat zapłacę kilkanaście tysięcy złotych, bo składka wzrośnie wraz z wiekiem. Za gwarancję 150 000 zł w razie diagnozy nowotworu złośliwego, zawału, udaru i innych poważnych zachorowań. W przypadku nowotworu niezłośliwego mam ubezpieczenie leczenia szpitalnego – da mi mniejsze pieniądze, adekwatnie do lżejszej – mimo wszystko – diagnozy. Ale może dzięki temu nie będę musiała nikogo prosić o pomoc, pożyczać pieniędzy, brać kredytu, stawać się ciężarem dla innych. Jestem w stanie za to poczucie co miesiąc płacić.

Dlaczego tego nie robimy? Dlaczego do zakupu ubezpieczeń zdrowotnych trzeba ludzi inspirować, przekonywać…? Proszę o szczere komentarze…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *